Kilkaset metrów od ruchliwej drogi wojewódzkiej 357 z Lubania do Nowogrodźca, za niepozornym wiejskim kościołem o otynkowanych na szaro ścianach, kryje się coś, czego nikt się w tym miejscu nie spodziewa. Na dziedzińcu, od strony gospodarczego podwórza, wznoszą się dwukondygnacyjne arkadowe krużganki z jasnego piaskowca — kolumny toskańskie na parterze, żłobkowane jońskie na piętrze, a między nimi bogato rzeźbiony fryz z dwunastoma herbami, kamiennymi kariatydami i postaciami muzykujących kobiet. To renesansowa loggia tak wysokiej klasy, że bez wahania nazwano ją „łużyckim Wawelem”. A obok przejeżdżają codziennie setki ludzi, którzy nie mają pojęcia, że mijają jedno z najcenniejszych — i najbardziej niedocenianych — arcydzieł renesansu na całym Dolnym Śląsku.
Renesansowy dwór w Nawojowie Łużyckim to obiekt, który idealnie realizuje obietnicę naszego cyklu. To ukryty klejnot w najbardziej dosłownym sensie: bez tablicy informacyjnej przy drodze, pomijany na mapach turystycznych, schowany za kościołem, tak że jego najpiękniejsza część jest niewidoczna dla przejeżdżających. Trzeba wiedzieć, że tu jest — i trzeba chcieć zajrzeć na tyły.
Zanim jednak ruszymy dalej, jedno zastrzeżenie: to NIE jest ten Nawojów, o którym większość ludzi pomyśli. Nawojów i Nawojowa koło Nowego Sącza w Małopolsce mają swój własny pałac i własną historię. Nasz Nawojów — ten prawdziwie renesansowy — leży na Górnych Łużycach, na Dolnym Śląsku, siedem kilometrów na północ od Lubania.
Gdzie leży Nawojów Łużycki (i dlaczego to nie ten spod Nowego Sącza)

Nawojów Łużycki (po niemiecku Sächsisch Haugsdorf) to niewielka, licząca około 310 mieszkańców wieś w gminie Lubań, powiecie lubańskim, województwie dolnośląskim. Leży przy drodze wojewódzkiej numer 357, prowadzącej z Lubania do Nowogrodźca — około siedmiu do dziewięciu kilometrów na północ od Lubania.
Niemiecka nazwa wsi kryje ciekawostkę. „Sächsisch Haugsdorf” oznacza dosłownie Nawojów „saski” lub „łużycki” — nadano ją w XIX wieku, by odróżnić tę miejscowość od pobliskiego „Schlesisch Haugsdorf”, czyli Nawojowa Śląskiego. Region historycznie należy do Górnych Łużyc (Oberlausitz) — stąd „łużycki” w dzisiejszej polskiej nazwie, którą wieś nosi od 1948 roku. To pogranicze kultur: łużyckiej, saskiej i śląskiej, gdzie architektura potrafi łączyć elementy z różnych tradycji w zaskakujące hybrydy. Sam dwór jest tego doskonałym przykładem.
Warto też odnotować ciekawy niuans administracyjny. Choć wieś leży w gminie Lubań, sam dwór jest dziś związany z Nowogrodźcem (już w powiecie bolesławieckim): tamtejsza parafia rzymskokatolicka opiekuje się częścią kościelną obiektu, a druga, zrujnowana część należy do gminy Nowogrodziec. Jeden zabytek, dwie gminy, dwa powiaty.
Od Bolonii do łużyckiej wsi — historia dworu von Tschirnhausów

Majątek w Nawojowie miał długą listę właścicieli, sięgającą początku XV wieku, ale kluczowa postać pojawia się w wieku XVI. Był nią Hans Christoph von Tschirnhaus, przedstawiciel szlacheckiego rodu władającego wsią. I był to człowiek nietuzinkowy — od 1547 roku studiował architekturę na słynnym uniwersytecie w Bolonii, jednym z najstarszych w Europie. Poznał tam renesans nie z rycin czy opowieści, lecz u samego źródła, we Włoszech.
Po powrocie wykorzystał tę wiedzę w praktyce. W latach 1570–1571 wzniósł w Nawojowie dwór według własnego projektu — na krużgankach umieścił inskrypcję z datą 1570 zapisaną cyframi rzymskimi. To renesans włoski z pierwszej ręki, przeniesiony na łużycką wieś przez humanistę, który „nie zmarnował czasu” na studiach w Italii. Hans Christoph zmarł niedługo później, w 1575 roku, ale jego dzieło przetrwało niemal pięć stuleci.
Po Tschirnhausach dwór przechodził przez ręce kolejnych rodów łużyckich i śląskich: von Gersdorfów, von Warnsdorfów, a od 1629 roku znamienitego rodu von Nostitz, później von Hocke. W 1626 roku, w czasie wojny trzydziestoletniej, budynek częściowo strawił pożar. Przełom nastąpił w 1756 roku, gdy Otto Gottlob von Hocke sprzedał dwór klasztorowi sióstr magdalenek z Lubania. Zakonnice urządziły w nim kaplicę, rozbudowały i przebudowały obiekt, a ich własnością pozostawał aż do 1945 roku. To magdalenki dodały do renesansowego dworu barokowe elementy i nowe skrzydło.
Krużganki jak z Wawelu — arcydzieło renesansu w kamieniu

Sercem dworu — i powodem, dla którego w ogóle o nim piszemy — są dwukondygnacyjne arkadowe krużganki od strony dziedzińca. To one zyskały miano „najpiękniejszych renesansowych krużganków na Dolnym Śląsku”, a potocznie — „łużyckiego Wawelu”, w nawiązaniu do słynnego arkadowego dziedzińca zamku królewskiego w Krakowie.
Wykonano je z bogato rzeźbionego piaskowca. Parter tworzą szerokie, odcinkowe arkady z dekoracyjnymi zwornikami, wsparte na kolumnach toskańskich, z kolebkowymi sklepieniami. Piętro to węższe arkady na kanelowanych, żłobkowanych kolumnach jońskich, z pełną kamienną balustradą. Łącznie loggia liczy kilkanaście arkad, rozłożonych na dwóch skrzydłach ustawionych pod kątem prostym — bo dwór ma rzut zbliżony do litery „L”.
To układ czysto włoski, wyjęty jakby z renesansowego palazzo pod Bolonią czy Florencją, a jednak stojący na łużyckiej wsi, pod czerwonym mansardowym dachem, obok pól i lasów Pogórza Izerskiego. Kontrast między śródziemnomorską formą a północnym otoczeniem jest częścią uroku tego miejsca. Gdy staje się na dziedzińcu i patrzy w górę na dwa poziomy arkad, trudno uwierzyć, że to nie kopia, lecz oryginał sprzed 450 lat — dopiero co odzyskujący dawny blask.
Herby, kariatydy i kamienna orkiestra — co „mówią” krużganki

Krużganki w Nawojowie to nie tylko konstrukcja — to opowieść wyrzeźbiona w kamieniu. Fryz między kondygnacjami pokrywa niezwykle bogaty program rzeźbiarski, który warto odczytać powoli.
Najważniejsze są herby — dwanaście kartuszy z godłami rodów śląskich i łużyckich: między innymi von Hochbergów, Tschirnhausów, Kottwitzów, Seidlitzów, Nostitzów. To nie przypadkowa dekoracja. Zgodnie z interpretacją, którą przekazuje Dolnośląska Organizacja Turystyczna, ten zestaw herbów jest w istocie „wywodem heraldycznym” fundatora — kamiennym drzewem genealogicznym, które miało dowodzić szlacheckiego pochodzenia Hansa Christopha i jego przodków, wskazując miejsca, z których wywodził się jego ród. To cecha charakterystyczna renesansu środkowoniemieckiego. Mamy więc do czynienia z fascynującą hybrydą: włoska forma architektoniczna opowiada środkowoniemiecką historię rodu. Architektura pogranicza w najczystszej postaci.
Między herbami kryją się kariatydy — kobiece figury symbolizujące Caritas (Miłość) i Florę (Naturę), osadzone na kroksztynach zdobionych maszkaronami, czyli groteskowymi maskami. A dalej — prawdziwa niespodzianka: postaci muzykujących kobiet. Jedna trzyma trójkąt z pierścieniami, inna coś przypominającego trąbę, jeszcze inna szesnastowieczną harfę. Ta kamienna „orkiestra” to rzadki, żywy detal ikonograficzny, który nadaje surowej architekturze niespodziewanie ludzki, pogodny ton. Nad wszystkim czuwają głowy potworów i starców, a całość wieńczy inskrypcja z datą 1570.
Uratowany przez kościół — jak dwór przetrwał XX wiek

Historia XX wieku omal nie zakończyła istnienia dworu. Poważne zniszczenia przyniósł rok 1945 i końcowa faza wojny; po niej obiekt przejęło państwo, a brak gospodarza prowadził do postępującej ruiny. W 1958 roku służby konserwatorskie nakazały jedynie zabezpieczenie budynku. Wydawało się, że dwór podzieli los setek innych dolnośląskich rezydencji, które po wojnie rozebrano lub pozwolono im się rozpaść.
Uratował go paradoks. W latach 1966–1968 wschodnie skrzydło dworu zostało zaadaptowane na kościół filialny (pod wezwaniem Matki Boskiej Szkaplerznej) — z inicjatywy miejscowego proboszcza i mieszkańców, nie zaś państwowej służby zabytków. To właśnie ta adaptacja ocaliła budynek: nadanie mu funkcji sakralnej sprawiło, że o niego dbano, remontowano dach, utrzymywano mury. Zabytek przetrwał dzięki wspólnocie wiernych.
Ale uratowano tylko część. Skrzydło zachodnie pozostaje w ruinie — z nieszczelnym dachem, zniszczonymi stropami i uszkodzonymi murami, grożące katastrofą budowlaną. Jego surowy, ceglany szkielet widać dobrze z lotu ptaka, tuż obok zadbanego skrzydła kościelnego. Ten kontrast — odnowiona część i ruina pod jednym niegdyś dachem — to obraz zabytku, który wciąż walczy o przetrwanie.
Dobra wiadomość: od około 2020 roku ruszyły etapowe prace konserwatorskie, zaczęte właśnie od najcenniejszych krużganków. Na jeden z etapów konserwacji kamiennych arkad pozyskano 300 tysięcy złotych, a świeżo oczyszczony piaskowiec widać dziś na zdjęciach. W 2025 roku, przy pracach ziemnych związanych z odwodnieniem terenu, odkryto dodatkowo trzy sklepione osiemnastowieczne piwnice i relikty dawnych zabudowań dworskich. Dwór wciąż oddaje swoje sekrety. To perła renesansu, która dopiero odzyskuje blask.
Jak i kiedy oglądać dwór w 2026 — praktyczny przewodnik

Tu potrzebna jest szczera informacja, żeby uniknąć rozczarowania. Nawojów Łużycki to obiekt do oglądania z zewnątrz, a nie zorganizowane zwiedzanie z biletem i przewodnikiem.
- Krużganki — najcenniejszą część — ogląda się od strony dziedzińca gospodarczego, za kościołem. Trzeba wejść na teren przykościelny i obejść budynek na tyły. Nie ma tam kasy ani godzin otwarcia; jest za to (od czasu prac konserwatorskich) tablica informacyjna programu ochrony zabytków.
- Wnętrza dworu — niedostępne. Skrzydło zrujnowane grozi zawaleniem, nie należy do niego wchodzić.
- Kościół (dawna kaplica dworska w skrzydle wschodnim) — dostępny podczas nabożeństw i mszy.
Najlepiej przyjechać z nastawieniem na architekturę zewnętrzną i fotografię — na obejrzenie krużganków i bryły dworu wystarczy 20–30 minut. To przystanek na trasie, a nie całodniowa atrakcja, ale przystanek absolutnie wart nadłożenia drogi.
Dojazd: z Lubania około 7–9 km na północ drogą wojewódzką 357 (kierunek Nowogrodziec), kilkanaście minut autem. Ze Zgorzelca około 30 km (35–40 minut), z Wrocławia około 150 km (2 godziny, autostradą A4 w okolice Bolesławca, dalej drogami lokalnymi). Przy zabytku i kościele można zaparkować.
Co jeszcze zobaczyć w okolicy — bazaltowy Lubań i Górne Łużyce
Nawojów Łużycki najlepiej połączyć z Lubaniem, oddalonym o kilka kilometrów, i uczynić z tego pełną wycieczkę po Górnych Łużycach. Motyw przewodni okolicy to kamień: bazalt, z którego zbudowano Lubań, i piaskowiec renesansowych krużganków Nawojowa.
- Kociołek w Lubaniu — geologiczna osobliwość w dawnym wyrobisku bazaltu na Kamiennej Górze, z tajemniczymi wylotami sztolni. Opisaliśmy go już w naszym cyklu — przeczytaj artykuł o Kociołku w Lubaniu.
- Średniowieczne mury obronne Lubania — bazaltowe fortyfikacje z XIV wieku z zachowaną Basztą Bracką, którym poświęcimy osobny artykuł w cyklu. Ten sam czarny bazalt z Kamiennej Góry, z którego powstał Kociołek, posłużył do budowy murów miasta.
- Park na Kamiennej Górze w Lubaniu — dziewiętnastowieczne założenie na wzgórzu pochodzenia wulkanicznego (274 m n.p.m.), z reliktami wulkanizmu i pomnikowymi drzewami.
- Nowogrodziec (10 km) — miasteczko na drodze 357, z którym dwór jest związany parafialnie i własnościowo.
- Dalej w regionie: Zgorzelec z niemieckim Görlitz po drugiej stronie Nysy, Zawidów z przejściem granicznym do Czech, oraz Góry Izerskie i uzdrowisko Świeradów-Zdrój z gondolą na Stóg Izerski.
Nawojów Łużycki to jeden z tych klejnotów, przy których żałuje się, że nie stoi przy nim choćby jedna porządna tablica. Renesansowe krużganki tej klasy w każdym innym kraju byłyby oblegane przez turystów i wieńczone na okładkach przewodników. Tutaj trzeba je odnaleźć samemu, obejść kościół na tyły i stanąć na pustym dziedzińcu, gdzie pół tysiąca lat temu humanista wykształcony w Bolonii postanowił zbudować kawałek Włoch. Może właśnie dlatego to spotkanie jest tak wyjątkowe — bo należy tylko do tych, którzy chcieli zajrzeć głębiej.
