Ścieżka wzdłuż muru cmentarza komunalnego w Kamiennej Górze wznosi się kilkadziesiąt metrów pod górę i kończy przy zwykłej drewnianej furtce. Za nią, na działce mniejszej niż boisko do siatkówki, stoi kilkadziesiąt piaskowcowych macew — w równych rzędach, frontem na wschód. Najstarsza z nich jest starsza od samego cmentarza. To wszystko, co zostało po gminie żydowskiej, która w najlepszych latach liczyła stu siedemdziesięciu siedmiu ludzi. I jeden z najlepiej zachowanych kirkutów w Sudetach.
Warto od razu powiedzieć, czego w Kamiennej Górze nie ma. Nie ma synagogi — spłonęła w nocy z 9 na 10 listopada 1938 roku. Nie ma nowego cmentarza żydowskiego przy ulicy Księcia Bolka — zlikwidowano go na początku lat siedemdziesiątych. Nie ma cmentarza wojskowego z 1866 roku na Górze Parkowej. Została ta jedna, najmniejsza, najbiedniejsza działka przy ulicy Katowickiej.
To nie przypadek i nie szczęście. W tym artykule z cyklu Ukryte Klejnoty Dolnego Śląska chodzi właśnie o powód: o zasadę, która nie zna słowa „likwidacja”, i o kilkoro ludzi, którzy tę zasadę wzięli na poważnie sto pięćdziesiąt lat po ostatnim pogrzebie.
Za drewnianą furtką, nad cmentarzem komunalnym

Kirkut leży przy ulicy Katowickiej 30, na wzniesieniu, tuż za północno-wschodnią granicą cmentarza komunalnego. Kiedyś była to Waldenburger Straße, droga na Wałbrzych, a niemieckie źródła precyzują, że cmentarz założono „przy drodze do dawnej rzeźni” — czyli tam, gdzie w pruskim mieście XIX wieku zwykle wyznaczano miejsce dla żydowskich pochówków: na peryferiach, poza zabudową.
Cała działka ma około 450 metrów kwadratowych. Prostokąt. Ogrodzenie jest zlepkiem czterech różnych rzeczy: wysokiego kamiennego muru, siatki na betonowych słupkach od strony cmentarza komunalnego, płotu ze zwykłych drewnianych sztachet z furtką oraz ściany budynku gospodarczego. Nic tu nie jest reprezentacyjne.
Macewy stoją w rzędach, zwrócone frontem na wschód, ku Jerozolimie. Niektóre sięgają wzrostu dorosłego człowieka. Materiał to piaskowiec — kamień miękki i wdzięczny dla dłuta, ale erozja bierze go szybciej niż granit, więc część inskrypcji jest już tylko cieniem liter. Na kilku macewach przetrwały fragmenty złoceń.
Ile ich dokładnie jest, nie wiadomo, i warto to powiedzieć wprost, bo źródła podają trzy różne liczby. „Karta cmentarza” z 1987 roku notuje 23 nagrobki. Spis Krzysztofa Bielawskiego z 2019 roku wylicza 45 pozycji z możliwymi do odczytania danymi. Panel Wirtualnego Sztetla mówi o stu. Rozbieżność ma proste wyjaśnienie: pierwsza liczba pochodzi sprzed rekonstrukcji, gdy część kamieni leżała złożona pod murem, ostatnia obejmuje zapewne także fragmenty. Bezpiecznie jest napisać: kilkadziesiąt.
Ze wschodniego muru patrzy na odwiedzającego coś, co łatwo przeoczyć — mozaika wmurowanych fragmentów potłuczonych macew. Połamanych kamieni nie wyrzucono. Wbudowano je w ogrodzenie.
Widok stąd jest zresztą osobną historią. Kirkut leży wyżej, więc znad rzędów szarego piaskowca widać w dole współczesny cmentarz komunalny: kolorowy, pełen kwiatów i zniczy, odwiedzany. Dwa światy, mur między nimi i sto pięćdziesiąt lat różnicy.
Jedno zdanie, które trzeba postawić na początku, bo czytelnik będzie się spodziewać czegoś innego: wstęp jest wolny, całodobowy i nikt tu nie pilnuje klucza. Szczegóły w ostatniej sekcji.
Osiemnaście rodzin, które zbudowały sobie synagogę

Żydzi mieszkali w Landeshut już w XIV wieku — istniała wtedy gmina i synagoga. W połowie XV wieku wygnano ich stąd, tak jak z całego Śląska; portal zydowskidolnyslask.pl datuje to na 1453 rok i wiąże z kazaniami franciszkanina Jana Kapistrana, po których we Wrocławiu doszło do procesu, stosu i banicji. Potem przez blisko 360 lat Żydów w mieście nie było.
Wrócili dzięki jednemu dokumentowi. Pruski edykt emancypacyjny z 11 marca 1812 roku dał Żydom obywatelstwo i prawo osiedlania się — a przy okazji nałożył obowiązek przyjęcia stałych nazwisk. Wspólnota religijna powstała w 1821, rok później gmina założyła własny cmentarz. Dalej poszło szybko: sala modlitwy w 1826, samodzielność prawna gminy w 1864 (obejmowała cały powiat i Bolków), dom gminny w 1866, szczyt liczebności — 177 osób — w 1884 roku.
Byli to przede wszystkim kupcy, przemysłowcy lniarscy i, co uderza przy przeglądaniu spisów, gorzelnicy. Frankensteinowie prowadzili fabrykę lnu. Rosenstein & Prerauer — fabrykę obuwia, jeden z największych zakładów w mieście. Hirsch Rosenstein od 1840 roku wytwórnię likierów, Simon Salisch destylarnię przy Wilhelmstraße, Josef Caskel Bucky sklep futrzarski.
I rzecz, która robi największe wrażenie. Gdy 12 maja 1858 roku poświęcano nową synagogę — neoromańską, z elementami mauretańskimi, w obecności przedstawicieli władz państwowych i miejskich — gmina liczyła nie więcej niż osiemnaście rodzin. Zbudowała ją wyłącznie z własnych pieniędzy. Fundusz na budowę zapoczątkował kupiec Caskel Frankenstein, który spoczywa na tym cmentarzu i nie dożył otwarcia świątyni o jedenaście lat.
Osiemdziesiąt lat później synagoga spłonęła w jedną noc. Kamienna Góra ma zresztą w swojej historii kilka takich warstw wyznaniowych — o luterańskiej opowiada Kościół Łaski, jedna z dwóch zachowanych świątyń tego typu na Śląsku.
Nazwiska wykute w piaskowcu

Na jednej z macew, nad niemiecką inskrypcją pisaną frakturą — „Hier ruht in Gott der Kaufmann Gustav…”, „Tu spoczywa w Bogu kupiec Gustaw” — kamieniarz wykuł głowicę kolumienki z maską lwa ujętą ślimacznicami. Lew na macewie oznacza potomka pokolenia Judy, bywa też rebusem imiennym: Arje, Lejb, Löwe. To jeden z kilku symboli czytelnych na tym cmentarzu. Dłonie złożone w geście błogosławieństwa wskazują kohena, potomka rodu kapłańskiego. Dzban — lewitę, który obmywał kapłanom ręce. Świecznik — grób kobiety, bo to kobieta zapala świece szabatowe.
Kim byli ludzie pod tymi kamieniami? Joseph Naumann (1789–1870), kupiec, spedytor i właściciel kantoru wymiany, kawaler Orderu Korony IV klasy — założyciel gminy żydowskiej w Kamiennej Górze. Jego pogrzeb w styczniu 1870 roku opisała gazeta „Der Bote aus dem Riesengebirge”. Macewa stoi do dziś, obok nagrobka żony, Rosel z domu Oppenheimer.
Frankensteinowie — fabrykanci lnu. Ich nazwisko to niemiecka nazwa Ząbkowic Śląskich, Frankenstein in Schlesien: po edykcie z 1812 roku Żydzi masowo przyjmowali jako nazwiska nazwy miejscowości, z których przyszli. U Caskla Frankensteina zaczynał pracę dwudziestoletni Falk Valentin Grünfeld — przyszły największy przemysłowiec miasta. Wrócimy do niego.
Buttermilchowie, wskazani w materiałach Dolnośląskiej Organizacji Turystycznej, to w połowie XIX wieku czterej kupcy tego nazwiska. Prerauerowie przyszli z daleka: Bernhard urodził się w Białej Prudnickiej, jego pierwsza żona Rosalie w Głubczycach. Zdjęcia ich nagrobków przekazał niemieckiej dokumentalistce rabin Ralph Ruebner ze Skokie w stanie Illinois — potomek rodziny. Pamięć o tym miejscu krąży dziś między Kamienną Górą, Erfurtem, Wrocławiem i przedmieściami Chicago.
Jest tu też ślad, którego nie spodziewa się nikt: sygnatury warsztatów kamieniarskich. Na macewach zachowały się nazwy zakładów J. Hausmanna z Jawora i Seegalla z Wrocławia. Mała gmina zamawiała nagrobki u renomowanych rzemieślników regionu, nie u miejscowego kamieniarza od zleceń okazjonalnych.

Inskrypcje są w większości hebrajskie; niemieckich jest zaledwie kilka. Otwiera je formuła פ״נ (po nikbar — „tu pochowany”), zamyka תנצב״ה: „niech jego dusza będzie związana w węzeł życia”. Hebrajskie teksty z tego cmentarza odczytał i przetranskrybował Günter Schmidt-Bollmann, a opublikowała je w swojej dokumentacji Hella Tegeler. Dzięki temu wiadomo, co napisano na nagrobku Friedricke, z hebrajska Rebeki, Schneider (1819–1849):
Korona i ozdoba swego męża. Pani Rebeka, córka Samuela Wallheima, żona Aszera Schneidera. Pochowana w drugim dniu tygodnia, 16 tewet 5610.
To cytat z Księgi Przysłów: „Dzielna żona jest koroną swego męża”. Ktoś ją tak zapamiętał i kazał to wykuć w kamieniu.
Największa część pochówków na tym cmentarzu to jednak dzieci. Czworo dzieci Berlinerów, w tym martwo urodzony Hermann. Czworo dzieci Cohnów — Emeline zmarła w roku urodzenia, Jenni w wieku piętnastu miesięcy, Eckard w Boże Narodzenie 1843 roku. Obie córeczki Isidora Rinkla; Friederike zmarła w dniu narodzin, 28 maja 1842. Na macewie Frommel Salisch (1848–1863), która nie dożyła szesnastych urodzin, inskrypcję zdobią po trzy liście bluszczu z każdej strony, a wyżej zostały cztery metalowe kołki po wieńcu, którego już nie ma.
Jest wreszcie grób dwuletniego Abrahama, syna Menachema Lessera z Landsbergu nad Wartą — dzisiejszego Gorzowa Wielkopolskiego. Rodzina była prawdopodobnie z wizytą u dziadków. I grób Judy Jacoba Dublina z Rawicza (1800–1833), handlarza skór, który zapewne tylko przejeżdżał przez Landeshut. Gmina pochowała obcego u siebie, bo tak nakazuje prawo.
Josef Haas i wojna, która trwała siedem tygodni

27 czerwca 1866 roku pod Trutnovem, szesnaście kilometrów za granicą, doszło do pierwszego starcia czeskiej kampanii wojny prusko-austriackiej. Pruski I Korpus generała Adolfa von Bonina uderzył na austriacki X Korpus generała Ludwiga von Gablenza. Austriacy wygrali — było to ich jedyne zwycięstwo w całej tej wojnie i zarazem zwycięstwo pyrrusowe: stracili około pięciu tysięcy ludzi wobec niespełna półtora tysiąca po stronie pruskiej, a i tak musieli wkrótce opuścić miasto. Rannych z obu armii zwożono do lazaretów po śląskiej stronie granicy. Także do Kamiennej Góry.
Jeden z nich, Josef Haas, był Żydem. Rany odniesione pod Trutnovem okazały się na tyle ciężkie, że zmarł w kamiennogórskim lazarecie. Miejscowa gmina pochowała go na swoim cmentarzu i wzniosła mu pomnik — według Wirtualnego Sztetla stał prawdopodobnie pod murem cmentarnym. Obie relacje o tej historii wywodzą się z jednego artykułu w gazecie „Das Abendland” z 5 września 1867 roku.
I tu pojawia się rozbieżność, której nie da się dziś rozstrzygnąć. Wirtualny Sztetl pisze o żołnierzu armii pruskiej. Niemiecka dokumentacja Helli Tegeler nazywa go wprost österreichische jüdische Soldat — żołnierzem austriackim. Oba źródła powołują się na tę samą gazetę. Bez dotarcia do oryginału pozostaje uczciwe przyznanie: nie wiemy.
Sens jest zresztą taki sam w obu wersjach. Jeśli Haas był Austriakiem, kamiennogórska gmina pochowała i upamiętniła nieprzyjacielskiego żołnierza, bo był Żydem. Jeśli Prusakiem — pochowała swojego, którego armia nie miała gdzie złożyć, bo cmentarze garnizonowe były chrześcijańskie.
Jego chrześcijańscy towarzysze z tego samego lazaretu spoczęli na cmentarzu wojskowym na północnym stoku Góry Parkowej. Tamtego cmentarza nie ma. Został tylko kamienny obelisk ufundowany w 1866 roku przez powiat kamiennogórski — stoi dziś na pustym miejscu, z zachowaną częścią inskrypcji i tabliczką informacyjną obok.
To samo zdarzyło się sto kilometrów dalej. W Świdnicy nad grobami sześćdziesięciu jeden żołnierzy zmarłych w tamtejszych lazaretach postawiono obelisk, który przetrwał cały cmentarz. Ta sama wojna, dwa miasta, dwa lazarety, dwa pomniki nad nieistniejącymi już nekropoliami. A jedyny grób z tamtej wojny, który w Kamiennej Górze pozostał grobem, należy do Żyda.
Dlaczego ten cmentarz wciąż stoi

Odpowiedź zaczyna się od zasady, która w judaizmie nie podlega negocjacji: grób i cały cmentarz są nienaruszalne tak długo, jak wiadomo, gdzie się znajdują. Nie ma opłaty za przedłużenie miejsca. Nie ma likwidacji po latach. Nie ma ponownego pochówku w tym samym grobie. Kirkut nie jest dzierżawą, tylko stanem trwałym — po hebrajsku bejt olam, dom wieczności.
Dowodem, jak poważnie brano tę zasadę, jest najstarszy nagrobek na cmentarzu. Pochodzi z 1817 roku — pięć lat przed założeniem kirkutu. Małżonkowie Jacob i Feigel Kalmannowie zmarli, gdy gmina nie miała jeszcze własnego miejsca pochówku, więc złożono ich na cmentarzu katolickim. Po 1822 roku ekshumowano ich i przeniesiono tutaj. Judaizm zakazuje naruszania grobu, ale przeniesienie do grobu żydowskiego jest jednym z nielicznych dopuszczalnych wyjątków.
Zasada nie broniła się jednak sama. Przez sto lat cmentarz przechodził przez kolejne zagrożenia:
- 9/10 listopada 1938 — bojówkarze NSDAP podpalają synagogę i demolują cztery żydowskie sklepy. Gotowa do akcji straż pożarna nie interweniuje. Wypalony budynek później rozebrano; dom gminny przy dzisiejszej alei Wojska Polskiego przetrwał, mocno przebudowany.
- Lata 40. — majątek gminy przejmuje Zrzeszenie Żydów w Niemczech, w 1942 roku zmuszone przez policję i SD do wyprzedaży nieruchomości, w tym cmentarzy.
- 1962–1972 — Prezydium Miejskiej Rady Narodowej planuje przeznaczyć teren kirkutu pod bazy Miejskiego Przedsiębiorstwa Gospodarki Komunalnej i Miejskiego Zarządu Budynków Mieszkalnych. Plan nie zostaje zrealizowany.
- Lata 80. — cmentarz zamienia się w dzikie wysypisko. Zygmunt Sarnecki, prezes Kamiennogórskiego Towarzystwa Regionalnego, składa przewrócone macewy, zabezpiecza je i sporządza inwentaryzację.
- 4 września 1989 — wpis do rejestru zabytków pod numerem 980/J.
- Sierpień 2003 — grupa 25 młodych ludzi i 10 dorosłych porządkuje cmentarz.
O tym ostatnim punkcie warto powiedzieć więcej, bo to sedno całej historii. Akcję zorganizowano w ramach programu „Antyschematy” Jerzego Fornalika, w porozumieniu z Gminą Wyznaniową Żydowską we Wrocławiu, którą reprezentowała Tamara Włodarczyk. Wywieziono dwie tony dachówek, które sąsiad zrzucił na cmentarz przy remoncie dachu. Przycięto drzewa, zbudowano płot i furtkę, z połamanych fragmentów utworzono lapidarium w murze.
A macewy ustawiono z powrotem na właściwych miejscach — bo dwadzieścia lat wcześniej ktoś spisał, gdzie stały. Cmentarz w Kamiennej Górze przetrwał w dużej mierze dzięki kartce papieru sporządzonej przez działacza towarzystwa regionalnego.
W czerwcu 2004 roku młodzież odebrała w Krakowie Dyplom Uznania za zasługi dla ochrony dziedzictwa kultury żydowskiej w Polsce z rąk ambasadora Izraela Dawida Pelega. W 2008 roku przeprowadzono sanitarną wycinkę dziewięciu lip i jednego jesionu — prawdopodobnie tych samych lip, które gmina posadziła tu w 1835 roku. Odwiedzający dzielą się dziś na dwa obozy: jedni piszą, że dzięki temu miejsce jest jasne i pełne światła, Róża Klijanowicz z Kamiennogórskiego Towarzystwa Regionalnego uważa, że wycinka zniszczyła nastrój. Obie racje są słuszne.
Drugi cmentarz, którego nie ma
Historia opowiedziana do końca wymaga wyjścia poza furtkę przy Katowickiej. W 1880 roku gmina kupiła teren pod nowy cmentarz, bo stary był pełny. Otwarto go uroczyście 16 sierpnia 1881 u stóp południowego zbocza Góry Zamkowej, przy dzisiejszej ulicy Księcia Bolka I. Miał 0,33 hektara — siedem razy więcej niż stary. Miał mur, drzewa i dom przedpogrzebowy, którego wystrój sfinansował w 1895 roku Falk Valentin Grünfeld: ten sam człowiek, który zaczynał u Frankensteina, a skończył jako właściciel jednej z największych firm lniarskich w Niemczech i dostawca dworu królewskiego oraz cesarskiego.
W czasie wojny chowano tam jeńców radzieckich, Żydów internowanych w obozie przejściowym w Krzeszowie i więźniów kamiennogórskiej filii KL Gross-Rosen. W marcu 1944 roku cmentarz sprzedano gminie Kamienna Góra za 433 marki — dziesięć fenigów za metr kwadratowy.
W kwietniu 1946 roku przeprowadzono częściową ekshumację. Pod północnym i zachodnim murem odkryto mogiły zbiorowe. „Pionier. Dziennik Dolno-Śląski” pisał 15 maja 1946 roku o ponad dwustu zwłokach w pasiakach: Polaków, Belgów, Francuzów i Rosjan. Szacuje się, że pochowano tam w czasie wojny około 950 osób, w tym blisko 500 Polaków i 255 obywateli radzieckich. Ekshumowano wyłącznie szczątki żołnierzy radzieckich. Reszta spoczywa tam do dziś.
Ostatni pogrzeb odbył się na początku lat 50. Na początku lat 70. cmentarz zlikwidowano — w związku z budową ośrodka wypoczynkowego i zalewu po drugiej stronie ulicy. Dom przedpogrzebowy rozebrano, nagrobki wywieziono w nieznanym kierunku. Dziś jest tam miejski skwer; historyczne granice zdradza tylko wyniesienie terenu i charakterystyczny układ drzew. W 2015 roku usypano symboliczną mogiłę.
Macew nie ma — zostały drzewa, a ludzie myślą, że to park.
Róża Klijanowicz
Zestawienie obu miejsc mówi wszystko. Grünfeld, najbogatszy Żyd w mieście, dostawca dwóch dworów, człowiek, który sfinansował dom przedpogrzebowy — nie ma grobu. Kupiec Gustaw z lwem na głowicy i piętnastoletnia Frommel z bluszczem na macewie — mają. Różnicy nie zrobiły pieniądze ani zasługi, tylko to, że jednego cmentarza nikt nie zdążył zabudować.
Jak tu być: dojazd, dostęp i zwyczaje kirkutu
Kamienna Góra leży przy drodze krajowej nr 5, około 105 km od Wrocławia, 35 km od Jeleniej Góry, 25 km od Wałbrzycha i tyleż samo od czeskiego Trutnova. Na miejscu należy kierować się ulicą Katowicką w stronę Wałbrzycha, do cmentarza komunalnego — tam jest parking. Dalej idzie się pieszo, ścieżką wzdłuż muru cmentarza, w górę zbocza; kilka minut marszu po trawiastym, pochyłym terenie. Nie jest to dojście przystosowane dla wózków. Współrzędne furtki: 50.78580, 16.03980. Dworzec kolejowy w Kamiennej Górze dzielą od cmentarza około dwa kilometry, ale rozkład na tej linii bywał zawieszany — warto sprawdzić przed wyjazdem.
Rzecz nietypowa dla polskich kirkutów, które zwykle otwiera się dopiero po znalezieniu klucza: ten cmentarz jest ogrodzony, ale otwarty. Wchodzi się przez furtkę w drewnianym płocie, o dowolnej porze, bez biletu, dozorcy i godzin otwarcia. Gdyby jednak furtka okazała się zamknięta, informacji udzieli Centrum Informacji Turystycznej mieszczące się w Muzeum Tkactwa przy placu Wolności 11 (tel. 75 744 22 75). Najlepsza pora to późna jesień, zima i przedwiośnie — bez liści widać układ rzędów, formy zwieńczeń i inskrypcje.
Odwiedziny na cmentarzu żydowskim rządzą się własnymi zasadami i warto je znać z góry:
- Mężczyźni zakrywają głowę. Wystarczy zwykła czapka, kipa nie jest konieczna dla osób spoza wspólnoty.
- Zamiast kwiatów i zniczy kładzie się na macewie kamyk. Kamyk mówi: byłem tu, pamiętam.
- Nie wchodzi się na macewy ani między nie, nie stoi się na grobach. W tradycji żydowskiej to poważne naruszenie powagi miejsca.
- Nie je się i nie pije na terenie cmentarza. Nie robi się też zdjęć „na tle” nagrobków.
- Kohanim, potomkowie rodu kapłańskiego, w ogóle nie wchodzą na cmentarz — obowiązują ich przepisy czystości rytualnej. Dlatego ich groby tradycyjnie sytuowano blisko bramy, żeby rodzina mogła je odwiedzić, nie wchodząc w głąb.
Na jednym ze zdjęć z tego cmentarza u podstawy macewy stoi czerwony znicz. Judaizm zna kamyk, nie znicz — ale ten znicz postawił ktoś, kto tu przyszedł i chciał zrobić coś dobrego, po swojemu. To nie jest powód do pouczania. To dowód, że miejsce nie zostało zapomniane.
W okolicy warto zaplanować więcej niż jeden przystanek. Sześć kilometrów dalej leży Krzeszów z opactwem cystersów, najwybitniejszym zespołem barokowym Dolnego Śląska — i z ciemniejszą warstwą historii, bo to właśnie w Krzeszowie Niemcy urządzili obóz przejściowy, z którego deportowano śląskich Żydów, także z Kamiennej Góry. W samym mieście są jeszcze ruiny renesansowego dworu Grodztwo, kaplica Bożego Ciała z 1560 roku przy tej samej ulicy Katowickiej, neorenesansowy ratusz z wieżą widokową i Muzeum Tkactwa. Za granicą, dwadzieścia pięć kilometrów stąd, Trutnov utrzymuje ścieżkę edukacyjną „Dzień bitwy pod Trutnovem 27 czerwca 1866″ z tablicami po czesku, niemiecku i polsku.
Zostaje jedno pytanie, na które nie znaleźliśmy odpowiedzi w żadnym źródle. Czy pomnik Josefa Haasa nadal stoi pod murem? Wirtualny Sztetl pisze o nim w czasie przeszłym i nie przesądza. Jeśli ktoś, kto tam pojedzie, znajdzie go między macewami — będzie to znaczyło, że z całej tamtej wojny, z trzech pomników i dwóch cmentarzy, przetrwało dokładnie to jedno miejsce, którego nie wolno było ruszyć.
