W południowej części Parku Młodzieżowego w Świdnicy, u zbiegu ulic Armii Krajowej i Kolejowej, stoi między starymi drzewami piaskowcowy obelisk. Otacza go niski łańcuch na słupkach, u podstawy rośnie rabata, naprzeciwko ustawiono ławkę. Wygląda jak jeden z tych parkowych akcentów, których nikt nie czyta. Ale to nie jest ozdoba i nie jest pamiątka okolicznościowa. Odsłonięto go 18 października 1868 roku na cmentarzu garnizonowym, nad grobami sześćdziesięciu jeden żołnierzy — pruskich i austriackich — którzy zmarli w świdnickich lazaretach od ran i od zarazy. Cmentarz zlikwidowano w 1973 roku i zamieniono w park. Obelisk został. Nadal stoi tam, gdzie stał: nad pochówkami.
To odróżnia go od wszystkiego innego, co opisywaliśmy dotąd w Świdnicy. Tydzień temu pisaliśmy o katedrze — o trwałości, o stu jeden metrach wieży, o barokowym wnętrzu. Miesiąc wcześniej o pomniku dzików — sympatycznej maskotce, przy której dzieci wspinają się na brązowe grzbiety. Świdnica ma więc pomnik, przy którym się śmiejemy, i pomnik, przy którym się nie mówi głośno.
Historia tego drugiego jest przy tym opowieścią nie tylko o wojnie sprzed stu sześćdziesięciu lat. Jest opowieścią o pamięci jako czynności — o tym, że nazwiska trzeba czasem odczytywać na nowo z archiwów, bo kamień je gubi.
Pomnik, który stoi nad grobami

Obelisk jest czworoboczny, wykonany z piaskowca i ustawiony na trójstopniowej podstawie. Cokół wieńczy fryz z motywem liściastym, a u szczytu trzonu widnieje okrągły medalion z wieńcem laurowym — dziś częściowo zniszczony. Pod nim badacze odczytali ledwo już widoczny napis: „Preussens Krieger” — żołnierze Prus.
Na cokole umieszczono pierwotnie cztery marmurowe tablice z nazwiskami pochowanych. U samej podstawy biegnie wąski pas z inskrypcją fundacyjną:
Den hier ruhenden Opfern der Pest 1866. Errichtet am 18. Oktober 1868.
Czyli: „Spoczywającym tu ofiarom zarazy 1866 roku. Wzniesiono 18 października 1868″. Warto od razu wyjaśnić jedno słowo, bo bez tego można wyciągnąć błędny wniosek. Niemieckie Pest w dziewiętnastowiecznym użyciu nie oznaczało dżumy, tylko ogólnie morowe powietrze, zarazę. Chodziło o cholerę i tyfus.
Fundatora nie znamy. Żadne z dostępnych źródeł go nie podaje — najprawdopodobniej były to władze wojskowe twierdzy albo zbiórka wśród mieszkańców, ale to hipoteza, nie fakt.
Wojna, która trwała siedem tygodni, i zaraza, która przyszła po niej
Latem 1866 roku Prusy i Austria stoczyły wojnę o dominację nad państwami niemieckimi. Trwała siedem tygodni: wybuchła 16 czerwca, a rozstrzygnęła się już 3 lipca pod Sadową, gdzie armia austriacka poniosła klęskę. Pokój podpisano w Pradze 23 sierpnia. Konsekwencją była droga do zjednoczenia Niemiec pod przewodnictwem Prus, dokonanego pięć lat później.
Świdnica leżała wtedy tuż za linią frontu — walki toczyły się po czeskiej stronie gór, między innymi pod Trutnovem i Nachodem. Miasto było pruską twierdzą z dużym garnizonem i szpitalami wojskowymi, więc trafiali tu ranni z frontu. Trafiali też austriaccy jeńcy, których osadzano w twierdzy.
I to razem z nimi przyszła do miasta cholera. Epidemia wybuchła 15 sierpnia 1866 roku. Liczba ofiar wśród mieszkańców podawana jest rozbieżnie: kalendarium świdnickiego Muzeum Dawnego Kupiectwa mówi o około tysiącu stu osobach, inne źródła o około trzystu pięćdziesięciu. Równolegle w lazaretach panował tyfus — ustalono to dopiero podczas kwerendy archiwalnej sprzed kilku lat.
Jest w tym gorzka symetria. Zarazę, która zabiła setki świdniczan, przywlekły transporty jeńców — a część tych samych jeńców na nią umarła i figuruje dziś na tablicach obelisku.
Wojna 1866 roku miała jeszcze jeden skutek, który zmienił miasto na zawsze. 4 października 1866 roku Świdnica przestała być twierdzą, a 1 maja następnego roku zaczęto rozbierać fortyfikacje — jak odnotowuje kalendarium, „przy dużym aplauzie mieszkańców”. Na zniwelowanych szańcach powstał pierścień zieleni, z którego wyrósł między innymi Park Młodzieżowy. Obelisk odsłonięto więc już w mieście, które przestało być twierdzą — dwa lata po tym, jak straciło status sprowadzający tu tych żołnierzy.
Sześćdziesiąt jeden nazwisk, zapisanych jak wpis do księgi

Na zachowanych tablicach nazwiska ułożono według stopni wojskowych. Nagłówki brzmią kolejno: I. Officiere, II. Unterofficiere, III. Gemeine — oficerowie, podoficerowie, szeregowi. Przy każdym nazwisku podano stopień i numer pułku, a numeracja biegnie przez kolejne tablice ciągiem.
Uderza sposób, w jaki to wykonano. Nazwiska wyryto kaligraficzną kursywą, nie majuskułą — tablica wygląda nie jak monumentalny napis, lecz jak stronica z księgi, w której ktoś starannie odnotował poszczególne osoby. Dla pomnika wojskowego to nietypowe i zmienia jego wymowę: to nie jest deklaracja chwały, to jest rejestr.
Łącznie upamiętniono sześćdziesięciu jeden żołnierzy: czterdziestu dwóch pruskich (pięciu oficerów oraz trzydziestu siedmiu podoficerów i szeregowych) i dziewiętnastu austriackich — czyli jeńców. Formalnie: wrogów.
I tu jest napięcie, które warto zauważyć. Na szczycie obelisku napisano „żołnierze Prus”. A co czwarty pochowany pod nim człowiek Prusakiem nie był — był przeciwnikiem wziętym do niewoli. Mimo to dostał na tablicy nazwisko, stopień i numer pułku, wyryte tą samą kaligrafią co pozostali.
Czwarta tablica, której nie ma

Z czterech pierwotnych tablic zachowały się trzy. Czwarta — z szesnastoma nazwiskami austriackich jeńców — zaginęła. Nie wiadomo kiedy ani w jakich okolicznościach.
Od 2006 roku jej miejsce zajmuje tablica polska, ufundowana z inicjatywy miejskiego radnego. Nie zawiera nazwisk; poświęcona jest zbiorczo pamięci ofiar wojen osiemnastego, dziewiętnastego i dwudziestego wieku — żołnierzy i cywilów jedenastu narodowości: angielskiej, austriackiej, belgijskiej, duńskiej, francuskiej, niemieckiej, polskiej, rosyjskiej, rumuńskiej, serbskiej i włoskiej — nieznanych dziś z imienia i nazwiska, pochowanych na tym cmentarzu w latach 1768–1945. Podpisano ją krótko: mieszkańcy Świdnicy.
To rozwiązanie prowizoryczne i tak było pomyślane. Tablica ma zostać zdemontowana, gdy powstanie kopia zaginionej tablicy czwartej.
Do tej pory jednak najważniejsza praca nad tym pomnikiem odbyła się nie w kamieniu, lecz w archiwach. W 2021 roku badacze Świdnickiego Portalu Historycznego, Andrzej Dobkiewicz i Sobiesław Nowotny, przeprowadzili kwerendę, która zmieniła stan wiedzy o obelisku w trzech punktach.
Po pierwsze: przez dekady podawano, że upamiętnia on pięćdziesięciu sześciu żołnierzy. Okazało się, że jest ich sześćdziesięciu jeden. Po drugie: ustalono, że co najmniej osiemnastu kolejnych żołnierzy, którzy zmarli w tych samych świdnickich lazaretach, na pomnik nigdy nie trafiło. Po trzecie: na podstawie tej kwerendy konserwator Piotr Gierlasiński uzupełnił w tym samym roku zatarte litery w nazwiskach na trzech ocalałych tablicach — dosłownie dopisując ludzi z powrotem.
Odtworzenie czwartej tablicy z austriackimi nazwiskami było zapowiadane i uzyskało akceptację władz miasta. Czy zostało zrealizowane, nie udało się potwierdzić.
Cmentarz, który zniknął — i pomnik, który został

Cmentarz garnizonowy funkcjonował w tym miejscu od 1768 roku. W 1839 powiększył go i ogrodził komendant twierdzy, generał major Friedrich Zimmermann — który sam został tu później pochowany. Grzebano nie tylko żołnierzy miejscowego garnizonu: także jeńców i ofiary epidemii. Spoczęło tu siedmiu jeńców duńskich z wojny 1864 roku, osiemdziesięciu dwóch jeńców rosyjskich z pierwszej wojny światowej, Belg i Francuz zmarli w 1942 roku. Do 1945 roku nekropolia liczyła około tysiąca dwustu grobów. Ostatni pochówek odbył się w 1945 — była to zbiorowa mogiła żołnierzy niemieckich.
W 1973 roku cmentarz zlikwidowano. Groby jeńców zagranicznych wcześniej ekshumowano na zbiorcze cmentarze wojenne, teren zamieniono w park. O tym, że ziemia pod alejkami pamięta więcej, przypomniał sierpień 2013 roku: przy przebudowie ulicy Kolejowej robotnicy natrafili na ludzkie kości sprzed około stu pięćdziesięciu lat.
Zostaje pytanie, na które źródła nie dają odpowiedzi: dlaczego akurat ten pomnik przetrwał? Po 1945 roku niemieckie monumenty na Dolnym Śląsku usuwano systematycznie. W samej Świdnicy i okolicy zniknęły między innymi pomnik Wilhelma I w Lutomii Górnej i pomnik feldmarszałka Helmutha von Moltke. Obelisk został. Można się domyślać, że zadecydowało położenie na uboczu, w gąszczu drzew, na terenie cmentarnym — i treść inskrypcji, która nie mówi o zwycięstwie, tylko o ofiarach zarazy. To jednak wyłącznie przypuszczenie.
W latach 2020–2023 park przeszedł gruntowną rewitalizację za ponad czternaście milionów złotych. Wyremontowano alejki, oświetlenie, odtworzono zabytkowy belweder z 1875 roku. I zrobiono jeszcze jedną rzecz, wartą odnotowania: w projekcie celowo zaznaczono w terenie granice dawnych cmentarzy — garnizonowego i katolickiego. Park przestał udawać, że nic tu wcześniej nie było.
Ojciec i brat Czerwonego Barona
Z tym cmentarzem wiąże się jeszcze jeden wątek, o którym warto wiedzieć, idąc przez park. Pochowano tu Albrechta von Richthofena, zmarłego w 1920 roku, oraz jego syna Lothara, zmarłego w 1922 — ojca i brata Manfreda von Richthofena, słynnego Czerwonego Barona, najskuteczniejszego lotnika pierwszej wojny światowej.
Rodzina mieszkała w Świdnicy od 1901 roku, w willi przy dzisiejszej ulicy Sikorskiego. Grobów nie widać już w terenie; miasto podaje, że obaj wciąż tam spoczywają. Park Młodzieżowy jest z tego powodu jednym z przystanków miejskiego Szlaku Czerwonego Barona.
Praktyczne wskazówki

Dostęp: park jest otwarty, nieogrodzony, dostępny bezpłatnie przez całą dobę. Obelisk stoi w jego południowej części, tuż przy alejce; najkrócej dojść od strony ulicy Armii Krajowej. Po rewitalizacji alejki są utwardzone, w parku jest oświetlenie, ławki, toaleta przy belwederze i stojaki rowerowe. Dedykowanego parkingu przy pomniku nie ma — auto zostawia się na ulicach wokół parku.
Pora: latem obelisk jest mocno zasłonięty listowiem starych drzew i z dalszej odległości ginie między pniami. Najlepiej widać go wczesną wiosną i późną jesienią.
Dojazd: ze Świdnickiego Rynku około 1,5–2 kilometrów pieszo w kierunku północno-zachodnim, czyli 20–25 minut spaceru. Z Wrocławia około 50 kilometrów drogą krajową nr 35; z Wałbrzycha około 20 kilometrów. Najbliższa stacja to Świdnica Miasto, z zabytkowym dworcem z 1905 roku — park leży w rejonie ulicy Kolejowej.
W okolicy — w zasięgu spaceru zostaje się przy tej samej historii:
- Belweder z altaną w tym samym parku, odtworzony w 2022 roku, stojący na resztkach dawnej Fleszy Ceglanej.
- Relikty twierdzy fryderycjańskiej — ziemne pozostałości Fortu Ogrodowego i Reduty Jawornickiej w granicach parku.
- Dwanaście pomników przyrody w drzewostanie parku, w tym potężny klon jawor, miłorząb japoński i daglezja.
- Willa Richthofenów przy ul. Sikorskiego i dalsze punkty Szlaku Czerwonego Barona.
- Muzeum Przemysłu i Kolejnictwa w Jaworzynie Śląskiej (około 12 km) — największa zachowana wachlarzowa lokomotywownia na Dolnym Śląsku.
- Pałac w Strudze (około 10 km) — renesansowa rezydencja z odkrytą w 2019 roku Galerią Cesarską, opisana w naszym cyklu (czytaj o Pałacu w Strudze).
To miejsce nie jest atrakcją i nie należy go tak traktować. Nie ma tu tablicy informacyjnej, która wyjaśniałaby przechodniom, na co patrzą — a patrzą na nagrobek. Warto zatrzymać się przy nim na chwilę, przeczytać nazwiska zapisane starannym pismem sprzed stu sześćdziesięciu lat i pamiętać, że szesnastu ludzi z tej listy wciąż na powrót czeka, bo ich tablica zaginęła, a osiemnastu innych nigdy się na niej nie znalazło.
